Prowadząc agroturystykę jalowcowka.pl nasze wakacje przypadają na koniec klasycznego okresu urlopowego. W tym roku zaplanowaliśmy je na początek października.
Od dawna zachwycały nas zdjęcia z Alp Julijskich i ciągnęło nas w dotąd niepoznany kraj jakim była Słowenia. Podróżując busem z moim mężem Pawłem i dwoma czworonogami – Dragonem i Frekim spędziliśmy bardzo aktywne 9 dni w tym pięknym kraju.
Podróż rozpoczęliśmy 02.10.2017r. wyjeżdżając o 4:00 z Koszarawy. Przekroczyliśmy granicę polsko-słowacką w Korbielowie i dość krętą drogą powoli dotarliśmy do autostrady wiodącej do Bratysławy.

Koszt winiety miesięcznej w Słowacji: 13 euro
Koszt winiety 10-dniowej w Austrii: 8,9 euro
Koszt winiety miesięcznej w Słowenii: 30 euro
Korki napotkaliśmy przed Bratysławą – ok. 40 min. przed Wiedniem – ok. 1h i przed Grazem ok 20 min.
Ze względu na podróżowanie ze szczeniakiem, który wychowuje się poza domem oraz z przyczyn czysto ekonomicznych zdecydowaliśmy się na akomodację na kempingach, pod namiotem. Ok. 2 miesięcy przed wyjazdem zrobiłam rozeznanie dotyczące miejsc, które chcemy zobaczyć i okolicznych (dobrze ocenianych) kempingów. Wybrałam ostatecznie 3 miejsca noclegowe w 3 regionach Słowenii: Koroska, Primorska i Kranjska.
Z racji, że trasa do naszego pierwszego punktu postojowego wiodła przez Maribor, a granicę przekroczyliśmy dość wcześnie rano postanowiliśmy po drodze „odhaczyć” tę, znaną nam z nazwy, miejscowość. Przypadek, a właściwie brak drobnych, sprawił że wykupiliśmy parking na 40 minut, w ciągu których udało nam się zejść właściwie całe (maleńkie) stare miasto – Lent i trakt nad Drawą. Ogólnie czuliśmy się lekko rozczarowani skromnością tego drugiego co do wielkości miasta Słowenii.
Godzinę zajął nam dojazd do naszego pierwszego miejsca noclegu: Kampu Menina w miejscowości Recica ob. Savinji – w północno-zachodniej część kraju, Alpach Kamenicko-Sawińkich.
Kemping jest pięknie położony w dolinie nad rzeką Savinji ok. 1 km od drogi przelotowej, tuż przy spokojnym osiedlu domów i lesie z drugiej strony. W czasie sezonu musi być tam gwarno, bo kemping dysponuje bogatym zapleczem sportowo-rekreacyjnym; parkiem linowym, wypożyczalnią rowerów, strzeżonym akwenem wodnym, sklepem, restauracją, a tuż przed wjazdem znajdują się korty tenisowe, boiska do siatkówki i piłki nożnej. Co więcej, w najbliższej okolicy nie brakuje również miejsc do spacerów; wprost z kempingu wiedzie ścieżka prowadząca przez las, wzdłuż rzeki, przy której znajduje się nawet plaża. Jakieś 100 metrów od kempingu jest również mała piekarnia oferująca pyszne pieczywo w przystępnych cenach (chleb 0,5 kg = 1 euro, croissant = 1 euro, bułka = 0,1 euro).
Obsługa kempingu jest bardzo życzliwa i poleciła nam kilka okolicznych atrakcji. Dostaliśmy również kody do darmowego korzystania z internetu oraz mapki okolicy.
Ważne (co później powtarzało się również na kolejnych kempingach), że liczono nas jedynie za jednego, a nie za dwa psy.
[Na kempingu znajdują się również stałe przyczepy oraz bungalowy do wynajęcia.]
Zgodnie z poleceniem właściciela wybraliśmy się na koniec doliny do pięknej Doliny Logarskiej, w której poza wieloma szlakami znajduje się również najwyższy (90 m.) wodospad Słowenii: Slap Rinka. Wjazd do Doliny kosztuje 7 euro, ale warto zapłacić by porozkoszować się okolicznymi górami albo napić się kawy z widokiem na wodospad.
Początkowo mieliśmy plan, żeby wybrać się spod wodospadu do pobliskiego schroniska – Dom na Okreslju, ale szlak okazał się na tyle stromy, że samo wejście sprawiało trudność psom, więc woleliśmy nie ryzykować przy późniejszym schodzeniu i zawróciliśmy.
Na następny dzień natomiast, 05.10., zaplanowaliśmy wycieczkę polecaną w przewodniku (Słowenia wyd. Bezdroża) na Veliką Planinę (1666 m.n.p.m.) – gdzie znajduje się największe nagromadzenie pasterskich szałasów w całej Słowenii. Trasa była opisywana jako niewymagająca więc zrezygnowaliśmy z wjazdu gondolą z miejscowości Kamniska Bistrzyca (koszt przejazdu kolejką osoby dorosłej to 13 euro, a pies 4 euro) i wybraliśmy się szlakiem za parkingiem w górę. Trasa okazała się stroma i żmudna. W sumie do pokonania było 1100 m. przewyższenia na odcinku ok. 10 km. w jedną stronę. Początkowo szliśmy lasem, stromymi zakosami, a następnie wyszliśmy na polanę by znów wejść do lasu. Niestety w pewnym momencie natrafiliśmy na przewrócony znak, który spowodował, że zaczęliśmy błądzić. Wybierając pierwszą z dróg doszliśmy do miejsca, gdzie nie było już oznaczenia na Veliką Planinę więc zawróciliśmy. Po wybraniu drugiej ścieżki dotarliśmy do stoków narciarskich gdzie na darmo szukaliśmy jakiejkolwiek wskazówki, w którą stronę iść. W pewnym momencie z jednego z szałasów wyszła pani i wskazała nam drogę na szczyt. Niestety wraz z pokonywaniem ostatnich metrów przewyższenia zaczęło się robić mgliście i z każdą chwilą wzmagał się wiatr. Wysokościomierz w zegarku wskazywał 1633 m.n.p.m., ale pogoda stała się naprawdę nieznośna – wiało jak na Babiej Górze (kto był ten wie 😉 ) i mgła ograniczyła widoczność do ok. 10 m. Postanowiliśmy wracać. Pomimo dużego niedosytu (zapis GPS pokazał później, że byliśmy tuż, tuż) uważamy, że podjęliśmy słuszną decyzję bo suma summarum, nawet jakbyśmy doszli do celu to i tak nie byłoby nic widać… Ubrani w puchówki i kurtki przeciwdeszczowe rozpoczęliśmy zejście. Dotarliśmy do wspomnianej chatki na polanie i nagle wszystkie ścieżki, a właściwie ich brak, sprawiły, że kompletnie nie mogliśmy odnaleźć miejsca, z którego weszliśmy na polanę. Po trzech błędnych próbach w końcu odnaleźliśmy skąpe oznakowanie na kamieniu i udało nam się wrócić na szlak. Czekało nas wciąż 1000 metrów zejścia… Ostatecznie wyprawa zajęła nam 6,5h i zrobiliśmy ponad 20km. Wykończeni dowlekliśmy się do auta i w końcu mogliśmy zjeść kanapki i wypić herbatę, które nosiliśmy cały dzień w plecaku.
Kolejnego dnia Freki obudził nas pojękiwaniem o 6:00 za co ostatecznie byliśmy mu wdzięczni, bo akurat między 5:30 i 7:30 przestało padać i mogliśmy zwinąć obóz. Udaliśmy się na południe – nad morze.
Linia brzegowa Słowenii wynosi jedynie 44km więc nie ma za wiele kurortów. Najbardziej znanym nadmorskim miasteczkiem jest Portoroz. Nasz kolejny kemping – Camp Lucija znajdował się w Luciji, obok mariny tuż przy Portoroz właśnie. Odnośnie kempingu – jedyne co można o nim powiedzieć na plus, to dogodna lokalizacja do zwiedzania okolicznego Piran, profesjonalna recepcja oraz czyste węzły sanitarne. Przy rejestracji dostaliśmy również gifcik z myślą o psach – pojemnik z workami. Jakieś 100m. od wjazdu na kemping znajduje się supermarket (wiodącej w Słowenii sieci) Merkator. Poza tym to miejsce kompletnie nie przypadło nam do gustu ze względu na fakt iż wygląda mniej więcej tak: wjeżdżając na jego teren drogą asfaltową po prawej stronie mamy płot, za którym jest droga, a za nią marina. Po lewej natomiast, znajduje się wąski pas, tuż przy stromej skarpie, gdzie można się rozstawić. Na skarpie w dwóch miejscach są węzły sanitarne, z czego jeden był już nieczynny. Wspomniana droga asfaltowa jest równocześnie deptakiem dla spacerowiczów, turystów i ogólnie wszystkich okolicznych mieszkańców, którzy chcą dojść bądź dojechać na plażę. Nota bene plaża kempingu to betonowe zejście z dwoma ławkami, za którym znajduje się większe już stanowisko dla kamperów wraz z dużym węzłem sanitarnym, sklepem i wypożyczalnią rowerów. Położenie przy deptaku oraz fakt, że byliśmy tam akurat podczas weekendu, sprawiło, że czuliśmy się niemal jak zwierzątka w zoo i każdy przechodzień, biegacz czy rowerzysta patrzył nam niemal w talerz przechodząc tuż obok namiotu. Poczucie bezpieczeństwa również było mocno nadszarpnięte w związku z tym, że każdy na kemping mógł swobodnie wejść.
Czym prędzej postanowiliśmy uciekać z tego mini-kurorto-kempingu. Pozostało nam zwiedzenie miasteczka, dla którego tam przyjechaliśmy – wspomnianego Piran. Z kempingu wybraliśmy się do niego deptakiem tuż przy morzu. Dystans z Luciji przez Portoroz wyniósł 5km w jedną stronę. Piran jest prawdziwą perełką słoweńskiego wybrzeża. Ze starą zabudową, wąskimi uliczkami i wiszącym pod oknami praniem na myśl przywołuje nadmorskie miasteczka Włoch czy Chorwacji. Na pewno warto spędzić 2-3h szwendając się po tej uroczej mieścinie, napić się kawy z widokiem na „buta” włoskiego lub zjeść rybkę w jednej z mnóstwa restauracji. Idąc bulwarem tuż przy morzu natrafiliśmy na miejsce serwujące 4 menu dnia składające się z zupy, sałatki, drugiego dania i deseru w cenach od 11-13 euro. Zamówiliśmy 2 menu z zupą rybną, smażonym filetem z dorsza (ja), pieczonym okoniem (Paweł) podanymi z ziemniaczkami ze szpinakiem, sałatką, a na deser apfelstrudel (ja) i sałatka owocowa (Paweł). Do tego spróbowałam lokalnego piwa – Lasko – bardzo przyjemny pils.
Najedzeni i rozgrzani (cały dzień było bezchmurne niebo i ponad 20 st.) wróciliśmy na kemping z zamiarem wyjazdu nazajutrz (08.10). Wyjeżdżając znad morza spędziliśmy ok. 1,5h na spacerowaniu po małej rybackiej miejscowości Izola, która jest zdecydowanie bardziej kameralna, ale niewiele mniej klimatyczna od Piran.
W internecie znalazłam alternatywę dla powrotu w góry i bardzo wysoko oceniany kemping – Camp Lijak w miejscowości Nova Gorica. Miało to być miejsce położone w otoczeniu winnic z mnóstwem możliwości spacerów i wycieczek. Gdy tam dotarliśmy czar prysł. Okazało się, że kemping znajduje się tuż przy przelotowej drodze, z praktycznie zerową infrastrukturą, skąd nawet na spacer trzeba wyjść albo na okoliczne zarośnięte łąki, albo iść poboczem ruchliwej drogi. Czym prędzej wykonałam telefon do naszego kolejnego punktu pobytu jakim miał być Bled (jedyne miejsce gdzie mieliśmy rezerwację z przedpłatą) i spytałam czy możemy przyjechać wcześniej. Odpowiedź była twierdzącą, więc wróciliśmy na autostradę w stronę Lublany i po 2,5h byliśmy już w absolutnie magicznym miejscu.
Nie bez powodu Jezioro Bled jest wizytówką Słowenii. Malowniczo usytuowane jezioro z malutką wysepką, na której stoi kościółek, pośrodku pięknych gór urzeka od „pierwszego wejrzenia”. Kemping Bled położony tuż przy jeziorze również jest klasą samą w sobie. Tuż przy zamykanym wjeździe znajduje się sklep oraz restauracja, a kawałek dalej, w otoczeniu stromych skał jest dość spory areał, który mogliśmy (z racji, że było poza sezonem) wykorzystać wedle uznania. Gdzieniegdzie przygotowane są utwardzone miejsca przeznaczone dla kamperów, sporo stałych, dużych namiotów, a także część z małymi bungalowami i nowoczesnymi 5-osobowymi domkami. Zaplecze sanitarne również robi wrażenie – ogrzewane, przestronne pomieszczenia, kamienne blaty; po prostu super. W recepcji można ponadto za darmo podładować sprzęt elektroniczny albo wykupić dostęp do prądu przy miejscu postojowym. Gniazdek elektrycznych nie brakuje również w łazienkach, gdzie do dyspozycji gości były nawet suszarki do włosów. Ku mojemu zaskoczeniu w strefie gdzie myje się naczynia można było skorzystać ze zmywarki do naczyń na monety! Darmowy dostęp do szybkiego bezprzewodowego internetu to również niewątpliwy plus kempingu.
Pierwszego wieczora obeszliśmy spacerem jezioro, po drodze odnajdując punkt informacji turystycznej, do którego następnego dnia rano pobiegłam żeby kupić mapę turystyczną Triglavskiego Parku Narodowego. Wybrałam najdroższą, za 12 euro (podczas gdy pozostałe kosztowały ok. 8 euro), ale po jednej stronie zawarty jest obszar z jeziorem Bled, a po drugiej cały Triglavski Park. Ponadto oprócz mapy w zestawie była książeczka z opisem najważniejszych atrakcji, tras pieszych i rowerowych.
Po śniadanku (rano na kemping przyjeżdża piekarz z wózkiem ze świeżym pieczywem) zaczęliśmy planować wycieczki. Pierwszą, którą zrobiliśmy była jedna z pętli zaznaczonych na darmowej mapie okolicy, którą dostaliśmy w recepcji. Trasa zaczyna się zaraz za płotem kempingu i omija okoliczne pasmo gór, tak aby dojść z powrotem nad jezioro. Paweł biegł, ja szłam z psami dosyć szybkim tempem i w niecałe 1:30h pokonaliśmy ponad 7,5km.
Następnego zarówno Paweł jak i ja biegaliśmy i czuliśmy wciąż zmęczenie po wyprawie na Veliką Planinę postanowiliśmy zrobić „rest day” czyli „na luziku” zwiedzić Lublanę.
Słowenia ma ten niewątpliwy plus, że wszędzie jest blisko. Z jednego na drugi koniec kraju dostaniemy się autostradą w 3-3,5h. Z Bled do Lublany jechaliśmy jakieś 40 min. Na stolicę Słowenii należy poświęcić najlepiej cały dzień aby w spokoju porozkoszować się urozmaiconą architekturą, poprzechodzić z jednej na drugą stronę Ljubljanicy jednym z kilku mostów i żeby bez pośpiechu odnaleźć wszystkie atrakcje, jakie ma do zaoferowania Lublana. Niewątpliwie jest to miasto, w którym widać wiele różnych wpływów, ale tworzą jedną spójną i bardzo atrakcyjną całość. Z początku czuliśmy się jak w Pradze, by później przechadzając się nad rzeką odnaleźć podobny charakter do Wrocławia, aż w końcu kamienne chodniki przywiodły na myśl Kopenhagę. Spędziliśmy około 2h szwendając się po centrum i wyjeżdżaliśmy z lekkim niedosytem.
W drodze powrotnej odbiliśmy z autostrady do Skofji Loka. Jest to malutkie historyczne miasteczko położone pod majestatycznym zamkiem, w którym warto zatrzymać się chociażby po to by spróbować rewelacyjnej pizzy w pizzerii Jesharna tuż przy Moście Kapucynów.
11.10. nastąpił czas na wycieczkę do Triglavskiego Parku Narodowego. Mając w pamięci nie do końca udaną wyprawę na Veliką Planinę dokładnie przestudiowaliśmy mapę i opisy proponowanych tras i profilaktycznie wybraliśmy te, opisane jako łatwe. Początkowo chcieliśmy dotrzeć do Doliny Triglavskich Jezer, ale przejście miało zająć ok. 5h w jedną stronę więc wybraliśmy ostatecznie szlak z parkingu przy Vogar wiodący do jeziora Jezero na Planini pri jezeru. Niewątpliwie trasy w Parku są zdecydowanie lepiej oznaczone niż te, na których byliśmy w Alpach Kamenicko-Sawińskich, ale ich trudność wciąż była dla nas zaskoczeniem. Na dystansie 2km pokonaliśmy bowiem aż 400m. przewyższenia! Szlak wił się stromo pod górę przez 90% trasy. Dotarliśmy ostatecznie do punktu docelowego – pięknie położonego jeziora i do schroniska, w którym liczyliśmy na kupno herbaty. Niestety w związku z końcem sezonu obiekt był zamknięty. W przewodniku wyczytałam, że pomimo, że Słowenia to mały kraj, w czasie sezonu otwartych jest tu aż 170 schronisk górskich! Przydałoby się jednak móc gdzieś sprawdzić, które działają w jakim terminie… Po posileniu się kanapkami i batonami ruszyliśmy dół. Tym razem wybraliśmy alternatywną, szerszą drogę, która okazała się zdecydowanie łagodniejsza niż ta, która podchodziliśmy. Cała trasa wiodła malowniczym lasem bukowym, który niemal na naszych oczach zmieniał kolory. Wycieczka przypadła nam ogólnie do gustu, aczkolwiek spodziewaliśmy się łagodniejszego podejścia.
W drodze powrotnej do Bled podjechaliśmy jeszcze nad okoliczne Jezioro Bohnji – największy akwen wody stojącej w Słowenii. Jezioro jest zdecydowanie większe niż Bled, otoczone pionowymi ścianami z jednej strony i lasem z drugiej. Z racji, że znajduje się na terenie parku narodowego infrastruktura jest tu dość skromna nie licząc 3 malutkich miejscowości: Stara Fuzina, Ribceev Laz i Ukanc, w których można znaleźć miejsca noclegowe, kemping, sklepy i restauracje. Z tej ostatniej można również dojechać kolejką gondolową na okoliczny szczyt Vogel, z którego roztacza się piękny widok na masyw Triglavu (najwyższej góry Słowenii o wysokości 2864 m.n.p.m.) i jezioro Bohnij. Nad jeziorem można również wypożyczyć kajak bądź łódeczkę i spędzić trochę czasu pływając po tym pięknym akwenie.
Ostatni wieczór wakacji spędziliśmy w uroczej restauracji pod zamkiem w Bled rozkoszując się następującymi daniami: zupa rybna (ok. 7 euro) – pyszna, naładowana skarbami morza, risotto z atramentem z kałamarnicy z muszlami (ok. 11 euro) i absolutnym hitem – makaronem z paskami wołowiny i truflami (13 euro). Na deser zamówiliśmy tradycyjny deser tamtego regionu – kremsnitę – czyli ciastko, które było czymś jak połączenie kremówki z napoleonką, ale mniej słodkim. Wszystkie dania były wyśmienite i wytwornie podane. Śmiało możemy polecić tę restaurację wszystkim smakoszom! W sezonie musi to być jednak miejsce oblegane bo znajduje się nie tylko przy głównym deptaku, zamku, ale również nad plażą nad jeziorem. Co bowiem ciekawe, pomimo, że we wspominanych akwenach jest czarująco czysta woda wyznaczone są miejsca do pływania, a na jeziorze bledzkim są nawet tory do wioślarstwa.
Podsumowując naszą wyprawę możemy śmiało polecić Słowenię jako miejsce do podróżowania zarówno osobom podróżującym samotnie jak i kilku pokoleniowym rodzinom. Właściciele czworonogów będą czuli się dopieszczeni poprzez ogólnodostępną infrastrukturę dla psów; chociażby kosze z workami czy miejsca do mycia psów na kempingach. Poza tym w każdej z miejscowości, szczególnie w tych górskich jest mnóstwo tras spacerowych i nie ma żadnych zakazów dotyczących psów! Nawet w najbardziej znanym i pielęgnowanym obszarze jakim jest Triglavski Park Narodowy pupile muszą jedynie być na smyczy. W restauracjach na wstępie przynoszono nam wodę dla psów i każdy chciał się z nimi miziać. Nigdzie nie spotkaliśmy się z negatywnym nastawieniem. Wręcz przeciwnie. W większości przypadków kempingi bowiem z założenia goszczą ludzi z czworonogami i nikogo to nie dziwi. Rekordową ilość psów widzieliśmy natomiast idąc z Protoroz do Piranu – było ich około kilkudziesięciu – nasz Freki miał naprawdę niezłą naukę socjalizacji!
Odnośnie kwestii organizacyjnych dopowiem jeszcze, że Słowenia jest bardzo dobrze skomunikowana – ma dobre nawierzchnie i chyba tylko w jednym miejscu na autostradzie musieliśmy zwolnić z powodu zwężenia. Ropa na wszystkich mijanych przez nas stacjach kosztowała wszędzie dokładnie tyle samo: 1,205 euro/l., a policji prawie w ogóle nie widać.
Zaskoczyło nas również bardzo pozytywne podejście do turystów i fakt, że nawet pani sprzedająca pieczywo w jakiejś zapadłej mieścince mówiła komunikatywnie po angielsku.
Słowenia zdecydowanie nas zauroczyła i z pewnością do niej wrócimy. Chyba jednak będzie to termin nieco wcześniejszy bo śpiąc w dwóch śpiworach w naszym mizernym namiocie trochę zmarzliśmy 😉

Tekst: Anna Makuch 2017
More from W wolnym czasie z psem
Turyści z psami będą mogli zwiedzać niektóre zabytki w Grecji
Greckie Ministerstwo Kultury i Sportu wyraziło zgodę na zwiedzanie około 120 zabytków i stanowisk archeologicznych turystom z psami. Dotychczas wstęp …
Bieszczadzki Park Narodowy częściowo dostępny dla turystów z psami
W nowym roku mamy dobre wiadomości dla turystów z psami, którzy wybierają się do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Park udostępnił kilka …













































































4 komentarze
Dziękujemy za ciekawe i praktyczne informacje dotyczące zwiedzania Słowenii. Piękne zdjęcia zachęcają do wyjazdu, tak więc …czekamy na wakacje!
Dziękuję za miłe słowa!