Zakończenie astronomicznego lata 2015 zaplanowaliśmy dużo wcześniej. Miały być górskie klimaty. Raz, że już kilka lat nas tam nie było i zwyczajnie tęskniliśmy, a dwa, że nie wszystkie nasze futra spróbowały jeszcze typowego górskiego dogtrekkingu. Nie było innej opcji niż góry, a najlepiej Tatry i Bieszczady. Cieszyliśmy się jak dzieci, zwłaszcza, że czym dłużej się planuje, tym większe ryzyko, że coś spłonie na panewce i wyjazd szlag trafi. 19 września w Zakopanem odbywała się impreza dogtrekkingowa organizowana przez Frikaj.pl, którą jako portal objęliśmy z wielką przyjemnością patronatem medialnym. Nie mogłoby być lepszej okazji, aby zaliczyć chociaż 2-3 dni w Tatrach. Z bólami wygospodarowaliśmy u pracodawców tydzień czasu na wypad w góry. Na początek kierunek Tatry, a potem hopsa w Bieszczady! Czasu jak na lekarstwo, więc musieliśmy zagęścić ruchy do maksimum, a przy tym trochę odpocząć. Przy okazji zrobiliśmy małe porównanie dogtrekkingu sportowego z turystycznym.
Pakowaliście się kiedyś w większego kombiaka z czwórką psów na dłuższy wyjazd? Jak nie, to wiedzcie, że to niezła gimnastyka. Biorąc pod uwagę, że cała część bagażowa jest dla psów 🙂

Foto Piotr Rukat
Z Mazowsza do Zakopca mieliśmy około 500km podróży, czyli jakieś 6-7 godziny jazdy. Dosyć często podróżujemy z futrami w aucie, więc obyło się bez sensacji. Najważniejsza nauka komunikacyjna: tankuj do pełna póki jest tanio. Czym bliżej miejsca docelowego tym droższe paliwo, zapomnij o niskich cenach paliw w górach.
Tatry & dogtrekking Frikaj – Zakopane 2015
Pogoda nam sprzyjała, było grubo ponad 20°, jak w środku lata. Impreza Frikaj startowała w sobotę, więc chcąc być w pełni sił na starcie dotarliśmy do Zakopanego w czwartek, na dwa dni przed zawodami. Każdy dogtrotter doskonale wie, że znalezienie noclegu z psem to kluczowa sprawa. Skorzystaliśmy z rady organizatora dogtrekkingu i z dużym wyprzedzeniem zarezerwowaliśmy pokój dla dwóch człowieków oraz czterech futer w Willi Ślimakówka. Bardzo mocno polecamy miejscówkę wszystkim psiarzom. Nie dość, że właścicielki przyjęły nasze skromne stadko bez oporów, to teren jest ogrodzony i można luzem puścić psy. Okazało się, że dziewczyny są bardzo aktywnymi opiekunkami dwóch psiaków Border Collie. Siostry Magda i Basia – prowadzące Ślimakówkę – startowały, jak się okazało, z sukcesem w sobotnich zawodach, a jedna z nich wykonała genialny pokaz umiejętności Border Collie.
- Willa Ślimakówka foto Piotr Rukat
- Willa Ślimakówka foto Piotr Rukat
- Willa Ślimakówka foto Piotr Rukat
Co robić w Zakopanym z czwórką husky? Można spotkać się z przyjaciółmi i znajomymi, co też uczyniliśmy. Z przydatnych informacji: Park Miejski im. Marszałka Piłsudskiego ma zakaz wprowadzania psów, ale nie martwcie się! Wystarczy przeciąć Krupówki i skierować się na zielony, duży skwer pomiędzy Aleją 3-maja, a ulicą Henryka Sienkiewicza. Mamy tam do dyspozycji sporą przestrzeń z licznymi ławeczkami.
- Zakopane foto Zuzanna Rukat
- Zakopane foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
Dosłownie przelecieliśmy Krupówki i twierdzę, że śmiało moglibyśmy konkurować z naszymi psami jako lokalna atrakcja. Gdyby zabrakło kasy, bez problemu skusilibyśmy cepry do zostawienia dudków w naszych sakiewkach 🙂 Jednak chcąc przyjemnie spędzić czas z psami trzeba zrobić kilka kilometrów po górach. Tatrzański Park Narodowy w Polsce nie jest przyjazny dla psiarzy. Na prawie całym terenie obowiązuje całkowity zakaz wstępu dla turystów z psami. Prawie, gdyż jedynym psiolubnym miejscem jest Dolina Chochołowska, gdzie możemy wejść na legalu i bez mandatu. Co ciekawe u naszych południowych sąsiadów można do TPN wchodzić z psami. Co kraj to obyczaj… Pierwotnie mieliśmy w planach Słowacką stronę, ale przed wyjazdem nie zdążyliśmy zrobić paszportów dla całego stada i odpuściliśmy. Naszą czwórkę zasiliła jeszcze Ania ze swoją haszczanką Luną, które również przyjechały na imprezę Frikaj, aby wspólnie powłóczyć się po górach.
Mimo nieprzyjaznego zakazu wejścia do TPN polecamy odwiedzić Dolinę Chochołowską, której wylot znajduje się ok 10 km od Zakopanego. Warto wiedzieć, że jest to największa dolina w Tatrach, zajmująca ponad 35 km². Auto zaparkujemy na prywatnych – płatnych parkingach, kilka złociszy za cały dzień, da się żyć. Mamy do pokonania kilkanaście kilometrów spokojnym tempem, ze sporą ilością strumyków, gdzie psy mogą ugasić pragnienie. Po drodze możemy wrzucić coś swojskiego na ząb, żeby nie iść z pustym żołądkiem, albo chlapnąć kawkę. Trzymamy się wyznaczonego szlaku, ponieważ wszystkie inne mają oczywiście znak zakazu wstępu dla psów.
Ważna i niemiła informacja dla osób chcących uprawiać bikejoring w Dolinie Chochołowskiej: od 20 kwietnia 2016 wprowadzono opłatę za wjazd roweru, w wysokości 5 PLN. Ponadto miłośnicy jednośladów już nie będą mogli wypożyczyć roweru, bo zniknie popularna wypożyczalnia u wejścia do Doliny, ot taka dobra zmiana.
Szlak jest łatwy i niewymagający, do tego stopnia, że mijające wagoniki z traktorami udającymi kolejkę, pełnymi siedzących “turystów” irytują bardzo szybko. Co to za frajda jeździć w wagonikach po górach? No nic, my kierujemy się prosto na polanę Chochołowską, gdzie w malowniczym pejzażu usytuowane jest schronisko górskie PTTK. Na łąkach znajdziecie szałasy pasterskie, które są częścią letniej, tatrzańskiej wsi góralskiej. Od maja do września odbywa się wypas owiec, a w bacówce możecie zostawić dudki na oscypki i bunc. Nie przeoczycie na pewno ślicznej pasterskiej kaplicy pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela. Jak widać na zdjęciach nam pogoda dopisała, a w takich okolicznościach przyrody warto spędzić nawet cały dzień w Chochołowskiej.
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Zuzanna Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Zuzanna Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Zuzanna Rukat
Pogoda jak kobieta, zmienną jest, a w górach wybitnie. W nocy z piątku na sobotę zachmurzyło się, spadła temperatura i zaczęło lać, a z samego rana start zawodów dogtrekkingowych. Przez chwilę przeleciał nam pomysł przepisania się do MIDa, ale finalnie zostaliśmy w lajtowej kategorii fitness, która miała liczyć około 15 km. Jak się okazało podjęliśmy bardzo słuszną decyzję. Dogtrekking organizowany przez ekipę Frikaj należy do jednych z cięższych w kraju, głównie ze względu na dystans HARD, liczący bagatela 50 km. Śmiałków w tej kategorii można policzyć na palcach jednej ręki, a tego dnia aura nie była dla nich łaskawa. Bogowie zesłali tej nocy nad Tatry burze z piorunami oraz ulewnymi deszczami, więc łatwo się domyślić w jakich warunkach przyszło im startować w pełnych ciemnościach w okolicach godziny 04:30. Należy im się naprawdę wielki szacunek za podjęcie rękawicy. Start z czołówkami, pośród błysków piorunów, w ulewie, gdzie szlaki zamieniły się płynące błocko. O ósmej startowała kategoria Medium – 30 km, której warunki pogodowe nieco się poprawiły. Przestało padać, zawsze coś. Nasza kolej była o 10:00, czyli kategoria Fitness i Family. Deszcz pojawiał się i znikał, ale i tak cały czas było mega zachmurzenie.
Tak wyglądała mapka naszej kategorii:

Słowa uznania należą się Radkowi Ekwińskiemu ( doświadczony maszer oraz organizator wyścigu psich zaprzęgów Border Rush ) – konferansjerowi imprezy, który potrafił zagrzać wszystkich uczestników do wyruszenia w góry z uśmiechem na twarzach, a do tego podzielić się wiedzą o psach pracujących, sypiąc ciekawostkami i anegdotami jak z rękawa 🙂 Start i meta była w jednym miejscu, na placu przy kolejce na Gubałówkę. Ruszyliśmy wspólnie ze znajomymi dziewczynami z teamu Pozytywnie Zakręceni. Dzięki Karolinie i Marcie uśmiech towarzyszył nam na prawie całym pierwszym odcinku 🙂 Co tu dużo pisać, start w postaci podejścia/podbiegu na Gubałówkę był hardkorem oraz niezłą próbą sił. Wiadomo, że zdjęcia nie oddają idealnie warunków w jakich przyszło nam zdobywać pierwsze wzniesienie zawodów, ale zapewniam wszystkich, że było zacnie! 🙂
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
Zaliczenie pierwszego PK było chyba najtrudniejsze, można powiedzieć, że wszystkie następne punkty to już bułka z masłem. Kondycyjnie przed wszystkim, ale także ze względu na mokre kamienie i błoto. O poślizg i wywrotkę nietrudno. Psy zaprzęgowe w podejściach są bardzo pomocne, a naturalna chęć ciągnięcia bywa wręcz idealna do tego zadania. Znacznie gorzej jest z zejściami. Mieszkając i trenując na nizinnym terenie, nie poruszając się regularnie po górach z psami, ciężko jest je nauczyć zwalniania na stromych zejściach. Sytuacja się komplikuje, gdy mamy dwa husky na jednym pasie, a robi się ultra ciekawie, gdy przed nami porusza się partner z pozostałymi futrami 🙂 Nasze ogony mają wtedy jeden cel: dogonić psy, które idą przed nimi.
Tak to z grubsza wyglądało. Przyznam, że wtedy zacząłem zastanawiać się nad stosowaniem kantarka, ale do tego też trzeba sporo nauki i pracy z psami w konkretnych warunkach. Naszych psów dla bezpieczeństwa w terenach leśnych nie spuszczamy z linek. Regulamin zawodów również tego zabrania, a często i przepisy leśne także tego zakazują. Jedynym sposobem powstrzymującym ciągnące psy to skrócenie lin i trzymanie ich w ręku, tak aby szły przy nodze. W takich momentach nie myśleliśmy o wyniku i zajmowanej lokacie, a jedynie o chęci dotarcia na metę w jednym kawałku 🙂
- foto Zuzanna Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Zuzanna Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
- foto Piotr Rukat
Żałujemy nieco, że nie mogliśmy podziwiać widoku pięknych Tatr podczas wędrówki, ponieważ w przerwach pomiędzy deszczem, a mżawką pojawiały się mgły. Na tyle gęste, abyśmy skutecznie pogubili się w jednym punkcie i weszli komuś od pastwisk na teren siedliska rolnego 🙂 Mina gospodarza w okienku bezcenna. Organizacyjnie Frikaj mocno dał radę, na punktach kontrolnych byli wolontariusze z poczęstunkami i napojami, a same miejsca dobrze oznakowane. Finalnie pokonaliśmy w/g endomondo około 22 km w czasie 4:19 zajmując dwunastą lokatę. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że my i nasze psy zeszliśmy z gór cali i zdrowi, w jednym kawałku, zmęczeni i przemoczeni jak cholera, a do tego nie zaliczyliśmy ani jednej wywrotki. W każdym dogtrekkingu są takie momenty, że mówimy sobie: to już ostatni raz! po jaką cholerę znów się wybrałem na taki “relaks” ??? Ale, gdy dociera się na metę z bananem na ustach, wcina posiłek regeneracyjny, czeka na dekorację zwycięzców i rozdanie nagród, słucha prowadzącego Radosława Ekwińskiego o wszystkim się zapomina. Jak tylko nasza latorośl odrośnie na tyle od ziemi, żeby mogła przemieszczać się z nami w nosidełku lub wózku, na pewno starujemy w kolejnych frikajach!
Jednak cały czas nie daje mi spokoju jedna myśl: jak uczestnicy z kategorii HARD pokonali tą samą trasę + jakieś 30-40 km więcej niż my, w nocy… podczas burzy… Cześć i chwała ultrasom z psami na Frikaju, a w tym Magdzie ze Ślimakówki, która zajęła trzecie miejsce na pudle! 🙂 Pełna lista wyników tutaj.
Po zawodach, łącznie z naszą niezmordowaną czwórką huskych syberyjskich, zasnęliśmy w Ślimakówce jak niemowlaki, aby w niedzielę rano ruszyć w samo serce Bieszczadów. O tym, czy udało nam się w końcu wypocząć na urlopie dowiecie się z drugiej części.
Tekst Piotr Rukat, 2016
More from DogTrekking
Psy dla aktywnych. Z nimi nie będziesz się nudzić.
W poprzedniej części wymieniliśmy kilka topowych ras w sportach, natomiast warto się przyjrzeć także psom, które niezwykle mocno zasługują na …
Samotna wyprawa z psami w Karpaty Rumuńskie
Joanna Olszewska zaplanowała wyprawę z swoimi psami w Karpaty Rumuńskie. Wspominaliśmy niedawno o jej wyprawie na naszej stronie w tym …





























































