Któregoś dnia Paweł (mój mąż) pokazał mi zdjęcie na Instagramie i powiedział: „Chcę jechać na te zawody”. Okazało się, że jego celem były zawody biegów górskich w Transylwanii (Transylvania 100k). Po głębszej analizie, przeczytaniu przewodnika i kilku blogów zabraliśmy się za planowanie urlopu połączonego ze startem w zawodach 19.05.2018 r. w dalekiej Rumunii.
Chyba większość z nas ma wyobrażenie, że Rumunia to jakiś trzeci świat, gdzie ludzie śpią na ulicach, a brudne dzieci żebrzą na każdym rogu. W jakże wielkim błędzie żyjemy! Rumunia to piękny kraj o zróżnicowanym terenie – od płaskowyżów, przez masywy Karpat Południowych i Wschodnich, sięgający aż po Morze Czarne. Przepływa przez niego również jedna z największych rzek Europy – Dunaj. Bujne lasy kipią zielenią, a większość łąk zajmują stada owiec, krów i kóz. Ludzie są serdeczni, jedzenie świetne, a na ulicach nie znajdziecie ani pół śmiecia, nie mówiąc o bezdomnych!
Ale od początku.
Planując wyjazd przeanalizowaliśmy bazę noclegową i zdecydowaliśmy się na rezerwowanie spania poprzez Booking.com Uznaliśmy, że zakwaterowanie tam prezentowane będzie w jakiejś mierze sprawdzone, będzie można dopasować lokalizację do planu podróży no i zapewnimy sobie możliwość spania z psami. Około miesiąca przed wyjazdem zarezerwowałam trzy z czterech noclegów. Nigdzie nie spotkałam się z odmową czy dodatkową opłatą za pobyt psów, aczkolwiek wzbudzały one duże zainteresowanie nie tylko wśród właścicieli obiektu, ale generalnie podczas każdego spaceru (przypomnę, że mamy husky i wilczaka czechosłowackiego).
Wyruszyliśmy 16.05. o godz. 07:45 z Jałowcówki, przekroczyliśmy granicę ze Słowacją w Korbielowie i zaczęliśmy przemierzać pierwsze 100 z 2500 kilometrów, które zrobiliśmy podczas całego tygodnia w podróży.
Na stacji w okolicach Bańskiej Bystrzycy kupiliśmy winietę na 10 dni (10 EUR), następnie daremnie poszukiwaliśmy winiety węgierskiej na trzech stacjach. Okazało się, że dopiero na przejściu granicznym w Sahy mogliśmy ja nabyć (23 EUR na 10 dni). Obraliśmy kierunek Budapeszt i ku naszemu zniesmaczeniu utknęliśmy najpierw w zwężeniach, a następnie GPS poprowadził nas przez centrum miasta, gdzie straciliśmy dobre 40 minut w korkach. Po ominięciu stolicy Węgier kierowaliśmy się już na Arad w Rumunii. Dwa kilometry przed przejściem granicznym rozpoczął się korek TIR-ów czekających na odprawę. Całe szczęście samochody osobowe czekały tylko ok. 5 minut. Zerknięto pobieżnie na nasze dowody osobiste i wjechaliśmy do Rumunii. Prosta jak stół autostrada, a na łąkach pasące się owce – to pierwsze wrażenie jakie otrzymaliśmy po wjeździe. Na pierwszej stacji „Petrom” zatrzymaliśmy się i kupiliśmy winietę 7-dniową (27,97 RON). [Warto pamiętać, by idąc z zamiarem jej kupienia mieć przy sobie kartę rejestracyjną pojazdu (na podstawie zawartych danych dobierana jest odpowiednia). Winiety we wszystkich trzech krajach, to nie naklejki nalepiane na przednią szybę, lecz papierowe wydruki. Nie zdarzyło nam się, żeby ktoś nas po drodze kontrolował i sprawdzał, czy ją mamy, zachęcamy jednak do ich nabycia.]

Zdjęcie z autostrady
Pierwszy nocleg przypadł na studenckie miasto Timisoara. Zakwaterowanie, które zarezerwowaliśmy to apartament umiejscowiony ok. 1,5 km od starówki. Na miejscu czekał na nas miły pan. Dał klucz, a my skonsumowaliśmy przywiezioną z Polski lasagne i poszliśmy zwiedzać. Miasto przypomina trochę charakterem Wiedeń, różni się jednak zabudową. Tętni życiem za sprawą kilku uniwersytetów i zapełniających okoliczne knajpki studentów. Przeszliśmy przez starówkę i zobaczyliśmy najważniejsze miejsca (m.in. Piata Victoriei, Piata Unirii, gmach opery, kościół prawosławny). W Timisoarze znajdziecie wiele miejsc do przyjemnych spacerów. Znajduje się tam przyjemny deptak nad rzeką Begą, a poza tym kilka parków m.in.: Park Civic, Parkul Bartianu czy park botaniczny. Warto spędzić kilka godzin szwendając się po uliczkach i spróbować lokalnego piwa Timisoarena. My spędziliśmy wieczór planując kolejne dni wycieczki w przyjemnej knajpce nad rzeką tuż przy moście na ul. Viteazu. Nie znaleźliśmy nigdzie kantoru, więc zapłaciliśmy kartą. Dopiero przy wyjeździe z miasta natrafiliśmy na dwa pod rząd i wymieniliśmy dolary po kursie 3,9 RON = 1 $
Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wyjazd nad Dunaj. Na południowo zachodnim krańcu Rumunii znajduje się najpiękniejszy przełom tej olbrzymiej rzeki, która stanowi w tym miejscu granicę z Serbią. W przewodniku znalazłam informację, że poruszając się samochodem najlepiej przejechać odcinek (około godzinny) pomiędzy miejscowościami Orsova i Svinita. W Orszowej można wskoczyć na stateczek wycieczkowy i podziwiać przełom z wody. My, tak jak zaplanowaliśmy ruszyliśmy drogą w kierunku Svinity. Dunaj na tym odcinku jest wyjątkowo szeroki i wygląda niemal jak wielkie jezioro, następnie zwęża się pomiędzy stromymi klifami sięgającymi prawie 800 m. Robi to naprawdę niezłe wrażenie!

Główną atrakcją tego odcinka jest płaskorzeźba Decebala (ostatniego króla Daków) gigantycznych rozmiarów, którą można podziwiać z jednego z mostów na trasie.

Zrobiliśmy jeden postój na krótki spacer przy zejściu do wody. Freki oczywiście nie przepuścił okazji, żeby wykąpać się w rzece.

To czego nam zabrakło na trasie to jakakolwiek infrastruktura – bar/ restauracja, czy chociażby zatoczki widokowe. Pod tym względem Rumunia może szczycić się nieskażoną komercją naturą, my jednak licząc, że posilimy się w Svinity postanowiliśmy nie zawracać do Orszowej i wracać głodni do Timisoary. Analizując trasę GPSa spotkało nas spore zaskoczenie, że sugeruje on nam powrót przez Serbię! Abstrahując, że nie mieliśmy paszportów, a te psie zostały w apartamencie zmieniliśmy trasę obierając kierunek Oravita i po „lekko” wyboistej drodze w końcu dotarliśmy do Timisoary. Poprzedniego dnia właściciel polecił nam okoliczną knajpkę serwującą typowe dla regionu jedzenie – Yugoslavia, znajdująca dosłownie 500 m. od naszego noclegu. Dzień wcześniej napisałam do nich na FB z pytaniem czy możemy przyjść z psami. Poinformowano mnie, że na zewnątrz nie ma problemu. Zamówiliśmy polecone przez panią kelnerkę danie dla dwóch osób, gdzie były m.in. takie przysmaki jak mici (grillowane mielone mięso, coś jak cevapcici), kiełbaski i kawałki indyka. Do tego spróbowaliśmy dwóch lokalnych piwek. Obiad dla dwóch osób z dwoma piwami i sałatkami kosztował nasz 90 RON czyli mniej więcej tyle, albo ciut mniej co w Polsce. Na deser poszliśmy do lodziarni po drugiej stronie drogi (gałka lodów to 3 RON).

18.05. ruszyliśmy do Bran, czyli do miejsca gdzie znajduje się słynny zamek Drakuli, pod którym Paweł miał rozpocząć swoje biegowe zmagania kolejnego dnia.
Warto tutaj napomknąć o autostradach, a dokładniej A1, która przecina kraj z zachodu na wschód; gdy wjechaliśmy na nią za granicą z Węgrami byliśmy mega pozytywnie zaskoczeni, że jest w pełni nowoczesna i bez jednej dziury. Jak się jednak później okazało, niestety nie jest jeszcze w pełni ukończona. Po 90 km od Timisoary na około 50 km zjechaliśmy na jakąś boczną wiejską drogę w stanie średnim (wyboje, miejscami ruch wahadłowy) więc komfort jazdy znacząco spadł.
Po drodze zatrzymaliśmy się w miasteczku Sibiu. Kolejne pozytywne zaskoczenie – piękna starówka, z mnóstwem knajpek i bardzo ciekawymi wieżami obronnymi. Oprócz tego ciekawa historia zabudowań i Most Kłamców (pierwszy stalowy w Rumunii), przez który trzeba przejść. Legenda głosi, że jak przejdzie przez niego kłamca to most się zawali. Koło mostu spotkaliśmy jeszcze większych krejzoli od nas bo podróżowali z plecakami, przystosowanymi do transportu… papug!

Na rynku spotkaliśmy się z Tomkiem, kolegą, który również brał udział w zawodach i przyjechał do nas z Bran. Poszliśmy razem na wczesny obiad do jednej z wielu restauracji serwujących włoską kuchnię. Panowie wcinali makarony, a ja pizzę. [Ponownie ceny nie różniły się znacząco od polskich – makaron ok. 30 RON, pizza 24 RON, cappuccino 9,5 RON.]
Droga z Sibiu do Bran owocowała w … krowy! Tak, też byliśmy zaskoczeni – wolno chodzące krowy, które wracają z wypasu w towarzystwie człowieka lub same, potrafią nagle się pojawić na drodze. Przydarzyło nam się to również później nad jeziorem Bicaz. Były również wolno chodzące konie. Jak spacerowałam któregoś dnia z Dragonem, jeden dołączył się do nas na chwilę 😉

Bran powitało nas stalowymi chmurami zaczepionymi o okoliczne szczyty. „Tam jutro wbiegamy” – powiedział Tomek wskazując ośnieżoną górę Pawłowi. No to będzie „zabawa”, pomyślałam i udałam się do naszego pokoiku wynajętego w pensjonacie tuż przy wjeździe do miejscowości. Pokój był bardzo mały i miałam wątpliwości, czy uda nam się do niego załadować z całym majdanem i dwoma psami, no ale cóż! Zapłacone to trzeba przecierpieć! Niestety, na domiar złego dowiedziałam się, że pomimo informacji na stronie obiektu nie będziemy mogli wykupić śniadań. Poszliśmy więc do okolicznego supermarketu (bardzo dobrze zaopatrzonego) i kupiliśmy jedzenie na kolację i śniadanie następnego dnia. Około godziny 19:00 pojechaliśmy do biura zawodów by odebrać pakiety startowe chłopaków. Wychodząc z samochodu spotkał nas „zonk” – auto nie chciało się zamknąć. Stwierdziliśmy, że to pewnie bateria i postanowiliśmy, że zostawimy auto otwarte bo przecież nic w nim (poza psami) nie było. Jak tylko weszliśmy do budynku hali sportowej rozpoczęła się ulewa. „No pięknie, się zapowiada na jutro”- pomyślałam w duchu. Po odprawie na twarzach chłopaków widziałam już pierwsze oznaki stresu przedstartowego.

Wróciliśmy do pensjonatu, gdzie w wiacie w ogrodzie założyliśmy bazę i jedząc kolację nastrajaliśmy się przed zawodami. Panowie analizowali trasy swoich dystansów (Paweł 30 km, Tomek 50 km) i rozważali jak się ubrać skoro na dole ciepło, u góry śnieg, a do tego deszcz. Noc minęła nam w miarę spokojnie, poza pobudką na siku przez Frekiego. Tomek startował o 7:00 więc wstaliśmy na śniadanie sami z Pawłem i próbowałam w niego wmuszać jedzenie, jednak stres pojawił się już na dobre! Wsiedliśmy do samochodu i zaczęło padać. Dojechaliśmy pod zamek i zaparkowaliśmy (4 RON/h). Dwadzieścia minut przed biegiem przestało padać, a my postanowiliśmy iść już na start. Zamek, posadowiony na skale w otoczeniu wysokich (do 2500 m.n.p.m.) gór, zatopionych w dzikim lesie na tle stalowego nieba robił nie lada wrażenie! Na miejscu były stragany sponsorów biegu, punkt żywieniowy, punkt pomiaru czasu i grupa zawodników i kibiców. Równo o 9:00 ruszyli!

Tekst, foto Anna Makuch 2018 ( jalowcowka.pl )
Druga część w “Śladami Drakuli z czteronożnymi przyjaciółmi “ już za tydzień na naszej stronie.
More from W wolnym czasie z psem
Turyści z psami będą mogli zwiedzać niektóre zabytki w Grecji
Greckie Ministerstwo Kultury i Sportu wyraziło zgodę na zwiedzanie około 120 zabytków i stanowisk archeologicznych turystom z psami. Dotychczas wstęp …
Bieszczadzki Park Narodowy częściowo dostępny dla turystów z psami
W nowym roku mamy dobre wiadomości dla turystów z psami, którzy wybierają się do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Park udostępnił kilka …




























