W naszym konkursie Aktywny DOGtrotter często pojawiają się relacje z wyjazdów w góry, ale zgłaszacie również prace z innych rejonów Polski. W poniższym tekście poznacie Marleya – energicznego goldena retrivera, wytrawnego dogtrekkingowca, biegacza i wodołaza, który tym razem wybrał się na Warmię i Mazury. “Mazurski Marley” to opowieść ( jak się okazało z morałem ) autorstwa Patrycji i Michała Szulc nadesłana do poprzedniej, drugiej edycji naszego konkursu. Zapraszamy do obszernej relacji z bogatą fotogalerią z letnich kąpieli w jeziorach, zwiedzania zamków krzyżackich i wędrówek po krainie jezior. Gorąco pozdrawiamy Marleya oraz jego opiekunów: Patrycję i Michała, dziękujemy za fajny tekst i zapraszamy do udziału w kolejnych edycjach Aktywnego DOGtrottera.

foto Patrycja i Michał Szulc
Mazurski Marley
Marley jest trzyletnim aktywnym i energicznym golden retrieverem, bywalcem dogtrekkingów, spacerowiczem, biegaczem, pływakiem… Staramy się w miarę możliwości fundować mu rozrywki, długie spacery, wyjazdy oraz psie i ludzkie towarzystwo.
Na Mazurach nigdy nie byliśmy, wybraliśmy je właśnie ze względu na Marleya, który uwielbia wodę. W sumie my też mieliśmy nadzieję na kąpiele w jeziorach, więc Warmia i Mazury przypadły nam do gustu. Michał znalazł kwaterę w Nowej Wsi koło Iławy i ustalił telefonicznie szczegóły. Regulamin kwatery dopuszczał pobyt z psem. Kilkugodzinną podróż z kilkoma przystankami, by wyprostować kości, napić się wody lub oznaczyć (oczywiście mowa o psie) nowy teren, Marley zniósł dzielnie, od szczeniaka przyzwyczajony do jazdy samochodem.
Na miejscu gospodyni zaskoczona przyjrzała się Marleyowi, który właśnie wyskoczył z auta.
– To jest ten pies? Myślałam, że rozmawiamy o mniejszym piesku – pytała.
– Mówiłem przez telefon, że 34 kilo… – odpowiedział Michał.
Widocznie pani usłyszała tylko: cztery… Gospodarz jeszcze podpytywał, czy aby ten pieseczek nie śpi w łóżku. Pokręciliśmy energicznie głowami.
Zastrzeżenia były dwa. Żeby Marley nie jadł z ogólnodostępnych talerzy i żeby uważać na Freda. Co do pierwszego – nie widzieliśmy problemu, gdyż zawsze wozimy ze sobą psią zastawę. Drugie również nie okazało się zbyt trudne do wykonania. Fred to czternastoletni owczarek niemiecki pilnujący posesji, już schorowany, ze sztywnymi biodrami, czujny i z rezerwą. Obserwował nas leżąc przy budzie i ignorując wszelkie cmokania i pogwizdywania w jego kierunku.
Mieliśmy pokój na piętrze. Trzy łóżka, duża łazienka i balkon. Ten ostatni zwłaszcza spodobał się Marleyowi, który chętnie obserwował mazurskie zachody słońca, przelatujące nad głowami jaskółki, stróżującego Freda i krążące po ogrodzie koty… Marley nie spał na łóżku, czego tak się obawiał gospodarz. Zdecydowanie wolał podłogę, choć wybierał ten jej kawałek, który był najbliżej nas.
I.
Czy Iława jest miastem przyjaznym dla psów? Trudno powiedzieć. Jedyne dostępne kąpielisko ma na wejściu tabliczkę z przekreślonym wizerunkiem psa. W sumie jest to zrozumiałe. Parkowe
alejki szerokie, dużo drzew i trawników, trochę za mało koszy na śmieci, co stawia właścicieli czworonogów w niezręcznej sytuacji, gdy zmuszeni są kroczyć wśród turystów z foliowym woreczkiem wypełnionym produkcją psich jelit. Z drugiej strony, gdy zamawialiśmy obiad w ogródku jednej z restauracji, kelnerka wyniosła dla naszego psa michę z zimną wodą.
Chcieliśmy popłynąć w rejs po Jezioraku. Podeszłam do kapitana zacumowanego przy pomoście statku i zapytałam, czy można zabrać na pokład psa.
– A jaki to pies?
Wskazałam na stojącego na nabrzeżu Marleya.
– Można. Muszą państwo tylko mieć książeczkę zdrowia psa, ważne szczepienia i kaganiec – odparł.
O ile z książeczką i szczepieniami nie ma problemu, zawsze mam przy sobie psie dokumenty, o tyle kaganiec stanowi już problem. Marley nie nauczył się chodzić nawet w halterze. Protestował, marudził, ściągał halter z pyska. W końcu się poddaliśmy. Teraz zapewne by się to przydało, ale z drugiej strony, czy taka podróż podobałaby się naszemu psu? Zrezygnowaliśmy. Mieliśmy jeszcze plan, aby wynająć canou lub większy rowerek wodny, pogoda jednak pokrzyżowała nam plany. Nad jeziorami pojawiły się gęste chmury i zaczął wiać wiatr. Zostały nam wycieczki lądowe.
II.
W Iławie znaleźliśmy dwa miejsca, w których Marley mógł zażywać kąpieli. Jedno w parku przy hotelu Tiffi, mimo swej estetyki (wytyczone ścieżki, trawa ścięta pod linijkę, stojaki na woreczki na psie odchody…) nie do końca przypadło nam do gustu, gdyż zbyt wielu było spacerowiczów, którzy mogli mieć coś przeciwko biegającemu wolno psu. Drugie zejście do wody znaleźliśmy przy promie, niedaleko stanicy Omega. Na uboczu, przy nieuczęszczanej dróżce, z szeroką kamienistą plażą – rewelacja! Wracaliśmy tu codziennie i przynajmniej przez godzinę rzucaliśmy Marleyowi do wody jego ulubiony aport.
Na tej plaży poznaliśmy Susi, młodziutką husky, zapatrzoną w naszego goldena jak w obrazek. Marley cierpliwie znosił jej nachalne podrywy, podgryzania w łapy, szczekanie prosto w uszy i podbieranie aportu. Tutaj odbyła się ostra rywalizacja na aportowanie między Marleyem a Borysem, na nasze oko mieszańcem goldena i hovawarta, silnym i niezmordowanym pływakiem. Tutaj też nawiązaliśmy znajomość z panami obsługującymi prom na Żuławę Wielką.
Skorzystaliśmy z tego promu już drugiego dnia pobytu na Mazurach. Marley protestował przed wejściem na pokład, wystraszony warkotem silnika i podestem z metalowej kraty. Panowie łaskawie wyłączyli silnik, co jednak nie przekonało naszego psa. Wkroczyłam na pokład pierwsza, rzucając przez ramię: „Ja idę”. Nie wiem, dlaczego, ale choć nigdy Marleya tego nie uczyliśmy, słowa te działają na niego mobilizująco. Nie lubi, jak mu się stado rozłazi w różnych kierunkach. Rozstawiając szeroko łapy, poszedł za mną. Ten krótki, bo kilkuminutowy, rejs zniósł bardzo
dobrze.
Żuława pozwoliła nam na spuszczenie psa swobodnie. Zauroczyły nas dzikie łąki nagrzane słońcem, suchy szelest żółtych traw, grające orkiestry świerszczy, przelatujące nad głowami bociany, zapach lasu… Jakby się człowiek cofnął w czasie… Coraz mniej takich miejsc dookoła nas. Powrót nie stanowił problemu, nasz pies sam wszedł na pokład i mimo swojej niepewności względem nowego środka transportu, usiłował zachować postawę pełną godności.
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
- foto Patrycja i Michał Szulc
III.
Szukaliśmy dostępu do jeziora Łabędź, niedaleko naszego domu. To byłoby najlepsze rozwiązanie, gdyż oszczędziłoby nam podróży nad wodę aż do Iławy. Ruszyliśmy drogą na Ostródę, raz przybliżając się do jeziora, raz oddalając się od niego. Na odcinku kilku kilometrów znaleźliśmy tylko jedno zejście. Znajdowało się ono na prywatnym terenie, przy przydrożnej karczmie, więc zrezygnowaliśmy. Innego dnia spróbowaliśmy szczęścia od strony wsi Kamień Duży. I tu również spotkało nas rozczarowanie. Brzegi porośnięte trzcinami, strome zejścia, brak jakiegokolwiek dostępu, gdzie nie ryzykowałoby się skręcenia nogi tudzież karku. Co więcej, na jednej drodze pogoniła nas krowa, na innej już z daleka gulgotał do nas niezadowolony indyk, Oszczędziliśmy psu, ale także i sobie, takiego spotkania trzeciego stopnia. Dopytaliśmy o jakąkolwiek plażę w pobliżu domu naszych gospodarzy, ale pokręcili głowami. Była kiedyś dzika plaża nad Łabędziem, ale zarosła. Gdzieś tam w trzcinach znajdują sobie jeszcze ciche miejsce wędkarze, ale turyści muszą obejść się smakiem.
IV.
Warmia i Mazury to szlak zamków krzyżackich. Nie spodziewaliśmy się, że aż dwa z nich będziemy mogli zwiedzić w towarzystwie psa. Zamek w Szymbarku tylko z pozoru wydawał się zamknięty na głucho. Znak przy drodze zakazywał wjazdu. Gdy wycofaliśmy auto, czterech miejscowych czerwonolicych panów machnęło nam rękami spod monopolki.
– Jedźcie, tam można! – krzyknęli, a jeden z nich dodał:
– A za informację cztery piwka by nam państwo kupili…
Obeszliśmy zamczysko dookoła, Marley oczywiście spuszczony ze smyczy. Dotykałam historii zaklętej w średniowiecznych cegłach. Marley poznawał nowe miejsce z nosem przy ziemi. Za nami
przyjechało jeszcze kilka aut, ktoś przyprowadził panią sołtys posiadającą klucz do bramy zamku. Drobna, trochę starsza od nas, prowadziła rower i już z daleka krzyczała, że boi się psów. Strach
jednak nie był paniczny, zakazu wstępu dla czworonoga nie było, zostaliśmy z całą grupą oprowadzeni po dziedzińcu zamku i nawet mogliśmy wejść do jednego z budynków. Pani sołtys wskazała nam też szlak królewski i wyjaśniła, jak dojść do alei olbrzymich dębów. Oczywiście zapytaliśmy o dojście do jeziora, plażę, cokolwiek, żeby Marley mógł sobie popływać.
Pani pokręciła głową. Wszystko zarośnięte trzcinami, bagniste, nie ryzykowałaby. Jest jednak po drodze do dębów strumyczek, który teraz trochę wysycha, ale jest na tyle szeroki, że pies może się
schłodzić. Poszliśmy. Strumyczek faktycznie był. I faktycznie dość szeroki. Marley oczywiście wpadł tam i od razu się położył w wodzie. Wzburzył przy tym muł, a po okolicy rozniósł się lekki,
gnilny smrodek. Dęby obejrzeliśmy, kilkusetletnie sosny również, Marley wdrapał się za Michałem na jeden ze zwalonych pni… Patrząc na potężne drzewa czuliśmy się naprawdę mali i nic nie
znaczący.
Potem trzeba było zapakować naszego smroda do auta i wrócić do Iławy na naszą plażę, by zmyć z psa niepożądane aromaty.
V.
Drugi zamek krzyżacki, jaki zwiedziliśmy, znajduje się w Ostródzie.
Odnaleźliśmy na rynku punkt informacji turystycznej. Weszłam do środka, Michał został z psem na zewnątrz.
– Czy można wejść z psem? – zapytałam jednej z pań.
– Oczywiście – odpowiedziała bez chwili wahania.
Po dziesięciu minutach wyszliśmy stamtąd z mapami, folderami i przewodnikiem po Warmii. Ruszyliśmy w stronę zamku, którego mury są widoczne z rynku. Przeszliśmy koło drewnianych rzeźb, zrobiliśmy zdjęcia przy działach. Z bramy wyszła rodzina z małym yorkiem. Zwierzaki przywitały się ze sobą grzecznie. Zaskoczyło nas to, że yorkshire nie szczekał na Marleya, jak to zwykle czynią przedstawiciele tej rasy. Rzadki to widok, kiedy mały piesek chce się bawić, a jego właściciele nie podnoszą go nerwowo na ręce. Porozmawialiśmy chwilę o naszych zwierzakach, pozdrowiliśmy i weszliśmy z Marleyem na dziedziniec. Zwiedzanie wnętrza zamku z psem nie było raczej możliwe, ale przynajmniej tu mogliśmy spędzić trochę czasu.
Potem ruszyliśmy w stronę jeziora. Park, deptaki, rozbudowany drewniany pomost z ławkami i altanką i… znów zero możliwości wejścia do wody. Uniemożliwiały to strome betonowe skarpy.
Nie poddaliśmy się. Na skwerku fontanny biły pionowymi słupami wody wprost z kamiennych chodnikowych płyt. Marleyowi się nie spodobały. Minęliśmy je i poszliśmy w stronę stanicy. Tu betonowe nabrzeża były niższe i Marley mógł zanurzyć łapy. Niebo przybrało granatową barwę i zebrało się na deszcz. Jeszcze zdążyliśmy zrobić sobie zdjęcia pod statkiem o uroczej nazwie Cztery Piwka, kiedy dopadła nas nawałnica. Pędem wracaliśmy do samochodu. My chroniąc się przed rzęsistym deszczem, a Marley uradowany tym nagłym szalonym biegiem.
VI.
W Nowej Wsi domy stoją wzdłuż ulic. Za nimi ciągną się niemal bezkresne pola. Płasko jak na patelni. Wieczorami wychodziliśmy na spacery łąkami, polami. Zboża złociły się w zachodzącym słońcu.
Na jednej z łąk pasły się dwie krowy. Jedna z nich już z daleka dojrzała nas i naszego psa i starała się do nas podejść. Marley zatrzymał się. Pierwszy raz widział takie zwierzęta. Za duże, zbyt pękate, niebezpiecznie rogate, ze sztywnymi nogami i otaczającym je kwaśnym zapachem siana – to wszystko było dla niego dziwne. Czuł respekt. Krowa za to była psem bardzo zaintrygowana. Patrzyli sobie przez dłuższą chwilę głęboko w oczy. Krowa uczyniła kolejny krok, na co Marley szczeknął nerwowo, więc krowa się wycofała. Nie zraziła się jednak. Od tej pory co wieczór przychodziliśmy przywitać się z Mućką, bo tak ją spontanicznie nazwaliśmy (choć do tej pory nie mamy pewności, czy to jednak nie był Muciek, nie oglądaliśmy jej aż tak dokładnie). Marley powoli przyzwyczajał się do tego dziwnego stworzenia. Gdy szliśmy ulicą, wychodziła nam na powitanie i spoglądała z wyższością na Marleya. On starł się ją ignorować, dając się jednak podziwiać z odległości.
VII.
Wyjazdy z Marleyem nie są kłopotliwe. Nie mogą być, bo to pies bardzo do nas przywiązany, względem ludzi przyjazny i zupełnie bezkonfliktowy jeśli chodzi o inne psy. Tak naprawdę problem wciąż stanowi samo społeczeństwo, choć i to się zmienia. Są parki dla psów i dystrybutory z woreczkami na odchody. Podchodzący do naszego psa nie wyciągają już ufnie rąk, by go pogłaskać – wcześniej pytają, czy mogą to zrobić. Jest coraz więcej instytucji i lokali, do których można wejść z psem. A tam gdzie wejść nie można, są specjalne stojaki, do których można umocować smycz (osobiście odradzamy, zawsze jest ryzyko kradzieży zwierzaka) i micha z wodą, żeby psiak mógł ugasić pragnienie. Podsumowując, jest postęp.
W czasach, gdy było nas tylko dwoje, po prostu zwiedzaliśmy i odpoczywaliśmy beztrosko na wyjazdach. Teraz, gdy towarzyszy nam pies, mamy obowiązek każdą wycieczkę dokładnie przemyśleć i zaplanować, bo nie jest to już takie proste. Ale nie uważamy, że pies może nas w czymś ograniczać. Wręcz przeciwnie. Jeśli gdzieś ktoś nie jest w stanie uznać, że nasza rodzina jest trzyosobowa, i jeżeli ktoś nie jest w stanie zaakceptować faktu, że towarzyszy nam pies – to trudno. Po prostu tam nie jedziemy. Skoro rodzicom nie stawia się ograniczeń i nie zakazuje wstępu z dziećmi, to dlaczego my mielibyśmy zostawiać z tego samego powodu jednego członka naszej rodziny, nawet jeśli to zwierzę? I co za tym idzie – pomyślmy chwilkę – gdyby nie było tych wszystkich zakazów, a społeczeństwo dawałoby więcej przyzwolenia i możliwości do ciekawego spędzenia czasu z naszymi pupilami, to czy nie rozwiązałby się przy okazji problem porzucanych w czasie wakacji psów?
Morału na koniec miało nie być. Morał nasunął się sam 🙂
Tekst Patrycja i Michał Szulc & Marley 2015
More from W wolnym czasie z psem
Turyści z psami będą mogli zwiedzać niektóre zabytki w Grecji
Greckie Ministerstwo Kultury i Sportu wyraziło zgodę na zwiedzanie około 120 zabytków i stanowisk archeologicznych turystom z psami. Dotychczas wstęp …
Bieszczadzki Park Narodowy częściowo dostępny dla turystów z psami
W nowym roku mamy dobre wiadomości dla turystów z psami, którzy wybierają się do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Park udostępnił kilka …




























































