Prezentujemy wspaniałą relację wyprawy autorstwa Ani Kacy, która na początku sierpnia wyruszyła samotnie w Polskie góry. Może nie tak samotnie, gdyż towarzyszyły jej psy. Dogtrekking w czystej postaci. Od samego początku, gdy tylko dowiedzieliśmy się o jej pomyśle, wiedzieliśmy, że jest to genialny pomysł. Do tego niezwykle śmiały i wymagający, ale przede wszystkim warty wsparcia i nagłośnienia takiego wyczynu. Bez chwili wahania objęliśmy patronatem medialnym jej podróż. Przed wyprawą poprosiliśmy Anię, aby udzieliła nam krótkiego wywiadu, który przybliża założenia i cel wędrówki. Nie często zdarza się, że młodzi ludzie wybierają się na podobne eskapady z psami, a do tego w tak szczytnym celu, jak adopcje psów schroniskowych. Uwielbiamy takie akcje! Godne naśladowania oraz infekowania innych aktywnością z psami.
Warto jeszcze nadmienić, że w trakcie publikacji tekstu jeden z bohaterów wyprawy – Wejkos znalazł swoich ludzi i jest we własnym domku. Rubin niestety wciąż czeka na swojego człowieka…
Zapraszamy do lektury.
“Tak sama? Tyle kilometrów w lesie, górach? Po co ci to dziewczyno?” To pytanie przed wyjazdem słyszałam bardzo często, głównie od rodziców i rodzeństwa, chłopaka, dziadków, cioć, wujków i znajomych. I najdziwniejsze jest to, że nie znałam na nie odpowiedzi. Teraz myślę, że podróż nie potrzebuje uzasadnień. Miałam jednak cel: przejść od Karkonoszy po Bieszczady, rozkoszować się widokami, cieszyć się wędrówką i znaleźć dom dla Rubina i Wejskosa.
Czy wszystkie cele osiągnięte ? Ale o tym później 😉
Ale jak rozkoszować się wędrówką, gdy w plecaku około 15kg? I tu jedyny błąd jaki popełniłam podczas przygotowań. Trenowałam już od dłuższego czasu, biegałam, jeździłam rowerem, ale bez obciążenia. Przez pierwszy tydzień ból ramion i szyi był nie do zniesienia, a po kilku godzinach wędrówki łzy same leciały. A trzeba było iść dalej, więc pod koniec dnia robiłam przerwę na rozciąganie co 20 minut. A po tygodniu niespodzianka! Nie czułam plecaka, było mi zupełnie bez różnicy, czy go mam czy nie, przyzwyczajenie nadeszło szybko. Na początku myślałam, że to dzięki temu, że ubywa karmy dla Livi. Na starcie było jej 5 kg, dlatego przez pierwsze dni, aby pozbyć się nadmiaru bagażu Livka zjadała więcej karmy niż planowałam – wszytko po to, aby te kilkanaście gram było lżej. 11 dnia u przesympatycznej Pani w Bystrzycy Kłodzkiej odebrałam karmę, którą wcześniej wysłałam. O dziwo te kilka kg na plecach nie zrobiło mi różnicy.
Bagaż na plecach towarzyszył mi każdego dnia z wyjątkiem kilku krótkich odcinków, gdy na spacer dołączali się silni koledzy 🙂
Podczas szykowania się do wyjścia największy problem stanowiło jedzenie dla Livi. Rozwiązanie nasunęło się szybko. Gdy wrzuciłam wstępny plan ( wyprawy ) na facebooku zapytałam się, czy są osoby mieszkające w pobliżu mojej trasy. Tym sposobem karma w kilku miejscach czekała już na mnie. Zdarzało się jednak, że skończyła się szybciej, wówczas kupowałam ją w sklepie.
W plecaku miałam jeszcze śpiwór, matę, namiot, 2 pary spodni, 2 bluzy, 3 koszulki, bieliznę, apteczkę, plakaty z Wejkosem i Rubinem, japonki ( ale nie po to, żeby hasać w nich po górach 😉 ), szampon, mydło i jeszcze kilka niezbędnych rzeczy. Cały plecak potrzebnych i podstawowych rzeczy. Turyści, którzy przyjeżdżali na weekend w góry dziwili się, jak to możliwe, że spakowałam się w mniejszy plecak na półtora miesiąca niż oni na 3 dni? No cóż, faktycznie nie miałam problemu, co rano założyć – suche lub czystsze było jedynym wyborem.
Przejście przez Sudety z perspektywy czasu okazały się pestką. Piękna pogoda, niewiele przewyższeń, bardzo dobrze oznaczone szlaki. W Karkonoszach i Górach Stołowych bardzo trudno o samotną wędrówkę, dlatego o 6 byłyśmy już na szlaku, aby spokojnie rozkoszować się widokami.
Jedynym problemem w Sudetach była zgubiona karta do bankomatu i legitymacja. Ale na pomoc przybyli Magda i Bartek ( właściciele restauracji Presto w Dusznikach Zdrój), którzy pożyczyli mi pieniążki i przyłączyli się do wejścia na Śnieżnik.
Jednak Beskid Śląski i Żywiecki pokazał nam, że nie może być tak kolorowo. Przez kilka dni ciągle padał deszcz. I te ciągłe strome wejścia i zejścia z góry i pod górę. Wszystko mokre, nawet buty z gore-texem nie poradziły sobie, gdy szlakiem płynął potok. A gdy cała mokra kładłam się do namiotu okazywało się, że para się skrapla i po kilu godzinach kapie nam na głowę. Ale co zrobić, gdy w Beskidzie Śląskim do schroniska nie można wejść z psem. Po 3 dniach w mokrym namiocie, w mokrych butach i ubraniach miałam dosyć i wówczas pierwszy i ostatni raz myślałam, że wrócę do domu i zostanę w ciepłym łóżeczku. Na szczęście na ratunek przyszły chatki studenckie, gdzie mogłam się wysuszyć i umyć.
W Beskidzie Żywieckim nastąpiła też zmiana – Livka pojechała do domku, a dołączył do mnie Salus, który został wyposażony w plecak i niósł sobie sam karmę. Nie trwało to długo, ponieważ podczas zabawy z innym psem przewrócił się i zaczął utykać. Tym razem na ratunek przyjechali Monika i Tomek, u których odpoczywaliśmy 2 dni 🙂 Salus poczuł się lepiej, więc ruszyliśmy, ale postanowiłam, że karmę będę niosła osobiście.
Gorce okazały się dla nas bardziej łaskawe – wymarzona pogoda i piękne widoki na Tatry. W sumie pogoda sprzyjała mi już do samego końca, zdarzały się deszczowe chwile, ale w porównaniu do przeżyć z Beskidu Śląskiego nie miały one znaczenia.
W Beskidzie Sądeckim miałam okazję spać u Beatki i jej rodzinki w pięknie położonej chatce nieopodal szlaku. Zaskoczył mnie jej tata , który za młodu przeszedł podobną trasę do mojej i opowiadał niesamowite historie.
Po 25 dniach weszłam w Beskid Niski. Było dokładnie tak jak zapowiadali mi w Bacówce nad Wierchomlą. Szlaki słabo oznaczone, mało schronisk, sklep to rarytas, pusto i spotkanie turysty to wymarzony czas, bo można sobie wówczas razem ponarzekać i pośmiać się 😉 Za to dużo lasów, piękne doliny, nieistniejące wsie, wycie wilków i ślady niedźwiedzi. Teraz mogę odpowiedzieć na pytanie, które słyszałam codziennie na szlaku.
Czy nie boję się iść sama?
Strach, to potworne uczucie, z którym musiałam się zmierzać, ale na poważnie dopiero tutaj w Beskidzie Niskim. Nie dałam mu się jednak obezwładnić i starałam się poddać temu, co ma się zdarzyć, nie panikując przy tym okropnie. Choć jest to ciężkie, gdy śpi się pod wiatą, a wycie wilków powoduje ciarki na skórze.
31 dnia dotarłam w moje wymarzone Bieszczady, które śniły mi się już od kilku dni. To było niesamowite uczucie, takie które zapierało dech!
Ze względu na to, że nie dostałam pozwolenia na wejście do Bieszczadzkiego Parku Narodowego z psem musiałam wybrać alternatywne trasy. Teraz się cieszę, bo piękne widoki na połoniny i puste szlaki, to są właśnie prawdziwe Bieszczady 🙂 Moje serce zdecydowanie należy do tych gór.
Piszę w liczbie mnogiej, bo szłam nie całkiem sama, a z psem. To najlepsze rozwiązanie. Salus i Livia to wspaniali towarzysze. Nie marudzą podczas wędrówki, pozwalają cieszyć się ciszą i wzbudzają respekt, bo nie okłamując się jednak samotna dziewczyna w lesie, to niecodzienny widok. Podczas 43 dni spotkałam jedną samotnie wędrującą kobietę, za to kilku chłopaków, którzy również dziwili się, że idę sama.
Spotkani turyści często dziwili się, że można tak łatwo i przyjemnie spacerować z psem w górach, spać w schroniskach. Masa osób mówiła, że też mają psy, ale nie myśleli, że będą mogli wejść z nimi do schroniska. Z psem obecnie można wejść do restauracji, parków, schronisk, a nawet z dwoma sporymi psiakami łapać stopa – w to nawet ja nie mogłam uwierzyć 😉 Zaskakujące było też to, jak Salus i Livia cieszyły się na wejście do pokoju lub namiotu po całym dniu wędrówki. Na co dzień jest całkiem odwrotnie – ciężko je opanować, gdy idziemy na spacer.
Podczas, gdy towarzyszył mi czworonożny przyjaciel mogłam poznać wielu ciekawych ludzi, bo jednak, gdy idzie się w grupie jest się dosyć “hermetycznym”. Pies wzbudza ciekawość i jest powodem do rozpoczęcia rozmowy na szlaku.
Podróż minęła mi niezwykle szybko, dziś mogę śmiało stwierdzić, że to moje najlepsze wakacje – bardzo aktywne, ale nadal wakacje. Jednak cel nie został osiągnięty w 100 %. Przeszłam około 850 km, roznosząc plakaty po schroniskach, rozdając wizytówki, rozmawiając z ludźmi, a Wejkos i Rubin nadal szukają domu. Nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że tak wspaniałe psy nadal siedzą w schronisku 🙁 Pozytywne jest to, że ze sprzedaży widokówek z wyprawy udało mi się uzbierać pieniądze na zakup 65kg mokrej karmy dla starszych psów ze schroniska. Nie poddamy się jednak i nadal będziemy ogłaszać Wejkosa i Rubina.
Cała wyprawa nie powiodłaby się, gdyby nie życzliwi ludzie na szlaku, a w szczególności namiot od Nadmorskiej Chaty, śpiwór od ekipy Karmimy Psiaki i częste darmowe noclegi.
Poniżej psiolubne miejsca z naszej wyprawy:
SUDETY:
– schronisko Odrodzenie
– schronisko na Przełęczy Okraj
– Malinowe Wzgórze
– schronisko Andrzejówka
– Rancho Overo
– schronisko na Szczelińcu
– schronisko Jagodna
– schronisko na Śnieżniku
Beskid Śląski i Żywiecki
– chatka Pietraszonka
– chatka Skalanka
– Harnaś w Zawoi
Gorce, Beskid Sądecki i Niski
– schronisko Stare Wierchy
– Bacówka nad Wierchomlą
– Swystowy Sad w Ropkach
Bieszczady:
– przystanek Balnica
– Bacówka pod Honem
– Smerek9
– chata Socjologów
+ bazy namiotowe, namiot, wiaty, stajnie, prywatne domki 🙂
Wszędzie było niezwykle i mam plan tam powrócić, ale są dwa miejsca z których wyjątkowo ciężko było mi odejść – Swystowy Sad w Ropkach i chata Socjologów.
Część noclegów umówiłam przed wyprawą, natomiast większość nie wiedziała o moim przybyciu. Nikt oprócz schronisk w Beskidzie Śląskim nie odmówił mi przespania się w schronisku. Byłam jednak przygotowana na to, że może nie być miejsca i będę spała na glebie. Ale po 10 godzinach na świeżym powietrzu nawet na podłodze spałam jak dziecko 🙂 Mówiono mi rano, że Livia całą noc czuwała i gdy ktoś przechodził podnosiła głowę bacznie obserwując, Salus natomiast nie przejmował się niczym i spał tak słodko jak ja.
Dziękuję i do zobaczenia w górach razem z Waszymi psiakami 🙂
Tekst: Ania Kaca 2014
More from DogTrekking
Psy dla aktywnych. Z nimi nie będziesz się nudzić.
W poprzedniej części wymieniliśmy kilka topowych ras w sportach, natomiast warto się przyjrzeć także psom, które niezwykle mocno zasługują na …
Samotna wyprawa z psami w Karpaty Rumuńskie
Joanna Olszewska zaplanowała wyprawę z swoimi psami w Karpaty Rumuńskie. Wspominaliśmy niedawno o jej wyprawie na naszej stronie w tym …



























10 komentarzy
Wspaniała inicjatywa 🙂 Podziwiam Panią Anię, że zdecydowała się na prawie-samotną wędrówkę po górach, choć jak się domyślam psie towarzystwo było niemałym wsparciem. Mam nadzieję, że bezdomniaki znajdą w końcu wygodne kąty w nowych domach, bo dobre, psie serca na to zasługują. 🙂
A gdzie znajdę linki do bezdomniaków? Mój pies chętnie pomoże w ich “promocji”.